Wyprawy wspinaczkowe
Agencja Trekking Sport
witamy 2010-09-07
Wspinaczka górska
Wstecz


Dodano dnia:
2007-04-07

Wspinaczkowy
rachunek prawd

Poradniki

Etyka to zbiór pewnych wartości, zasad moralnych - złego i dobrego – nie tylko ujętych w kodeksie postępowania między nami. To również sposób w jaki traktujemy Matkę Ziemię, no bo przecież jesteśmy z nią nierozerwalnie związani. We wspinaczce, podobnie jak i w innych sportach, są pewne elementy stylu, które definiują zasady tej gry. Jesteśmy wolni i możemy robić to, co chcemy, ale na tyle, na ile nie wpływa to negatywnie na środowisko, w którym żyjemy – na lasy, które chronią nas przed urbanizacyjnymi zanieczyszczeniem, na rzeki, jeziora i góry.

***

W latach 50. większość norm etycznych we wspinaniu ustanowiono w krajach alpejskich, które opanowała gorączka zdobywania szczytów i ścian Alp. Pozostawiano w ścianach haki, pętle, poręcze po to, żeby prowadzić i pomóc innym. Tak zaczęła się era żelaza. Wspinacze, ciężką ręką i młotkiem znaczyli swój ślad w dziewiczych alpejskich ścianach.
Podobne zasady „Manifestu Przeznaczenia” prowadziły pionierów w zdobywaniu Nowego Światu – Himalajów. Kiedy w 1950 Herzog i Lachenal jako pierwsi stanęli na wierzchołku Annapurny trójkolorowa flaga nie była jedyną, która powiewała na szczycie – po raz pierwszy w historii wspinania obok barw narodowych łopotała flaga korporacji Michelin Tire Company1.
W tych samych latach Amerykanie, choć zafascynowani dokonaniami swoich kolegów z Zachodniej Europy, wybrali inną drogę. Grupa wspinaczy z Yosemitów nadająca ton tamtejszemu wspinaniu hołdowała filozofii Johna Muira2 czyli […pozostaw górę w takim samym stanie, w jakim ją zastałeś]. Owszem, używano haków, ale wyrabianych z twardej stali, które mogły być wielokrotnie używane tzn. wbijane i wybijane. Podczas klasycznych wspinaczek dozwolone było stawania na hakach czy zwieszanie się w pętlach.
Amerykanie sądzili, że mają super etykę. Myśleli tak do wczesnych lat 70., kiedy ze zgrozą stwierdzili jakie szkody wyrządza skale tak częste wbijanie i wybijanie haków. Paradoksalnie, owe dziury po hakach (hakodziury) przyczyniły się do uklasycznienia niektórych dróg w ścianie El Capitana3 . Ten tok myślenia zaprowadził Amerykanów do przestawienia się na system asekuracji rodem z Wysp Brytyjskich – z kostek4. Wąskiej grupce zwolenników tego stylu nie było jednak łatwo namówić znacznie większe grono wspinaczy przyzwyczajonych do zaciężnego stylu młotka i haków do zmiany tradycji i powierzenia swojego życia kawałkowi aluminium wetkniętego w szczelinę.
Tak już jest, że tylko nieliczni odkrywają sens i prawdziwą wartość rzeczy, jeżeli tylko celu nie przesłoni ich własny interes - tak się dzieje w polityce, biznesie, w życiu w ogóle. Asekuracja z kostek wykorzystująca naturalne formy skalne nie zdobyła popularności dopóki nie przekonano się, że można wspinać się szybciej, sprawniej i bezpieczniej za pomocą wszelkiego rodzaju klinów i krzywek. W stylu „hammerless” pokonane zostały pierwsze drogi na Half Domie i El Capitanie. Udowodniono, że w ten sposób można pokonać niemal każdą ścianę – „czysto” i bezpiecznie.
Ten, elegancki, jak go niektórzy nazywali, sposób asekuracji znalazł również naśladowców i w Alpach. Zaczęto pokonywać w stylu de-piton alpejskie ściany m.in. Filar Walkera na Gran Jorasses. Jednak zwyciężył mianownik przeciętności i demokracja ludu. Ponownie młotek i haki stały się niezbędnym wyposażeniem alpinisty.
W złotym okresie wspinaczek w Yosemitach było wiele dziewiczych ścian. Nową wielką ścianę próbowano najpierw ocenić pod względem trudności i oszacować ile dni może zająć pokonanie jej nową drogą. W oparciu o te przypuszczenia, próbowano zabierać wystarczającą ilość sprzętu, jedzenia i wody – wystarczającą tzn. taką żeby ledwie starczyło na dotarcie na wierzchołek. Odczuwali nieodpartą dumę, jeżeli to, co zabierali z sobą pozwoliło im przeprowadzić hakowy wyciąg i dotrzeć na szczyt z wystarczającą ilością haków i kostek – bez żadnego dodatkowego kawałka sprzętu.

Więc o co chodzi – o styl czy etykę? Odpowiedź wydaje się dość prosta. Etyka to coś, czego nie schrzanimy dla następnego. Styl – to uczciwe zachowanie się, przede wszystkim wobec samego siebie, i brak myślenia w rodzaju „wszystkie chwyty dozwolone”.
Mamy prawo wspinać się gdziekolwiek i jakkolwiek, ale bez zmiany owego medium i bez naruszania zasad zachowań następnego.
Jeżeli używamy magnezji (sproszkowany węglan wapnia osuszający dłonie), bez opamiętania dekorujemy ścianę ringami, podkuwamy chwyty, pozostawiamy haki, pozostawiamy śmieci, porzucamy butle z tlenem na 7., 8. tysięcznikach – to wszystko jest złą etyką. Niektórzy zapytają: cóż złego w używaniu magnezji? A czym to się różni od tego, jeżeli ktoś na naszej ulubionej drodze przyjdzie z farbą i pomaże „w lewo”, „w prawo”. Czy to nam się spodoba? Czyż nie czujemy się oszukani, jeżeli ktoś zwalnia nas z samodzielnego myślenia zmuszając do wspinaczki po zapaćkanych kredą5  chwytach, lub do asekuracji z osadzonych na stałe haków, ringów, spitów?

Na Evereście był już chyba każdy. Cóż nas obchodzi, jeżeli kolejna grupa „wspinaczy” np. z Koła Miłośników Gór Wysokich przy Związku Piekarzy żłopie tlen z wielkiego kontenera umieszczonego w bazie i przechodzi instrukcje przejścia po icefallu po drabinach? Nie obchodzi nas to tak długo, jak długo ich działania nie oszpecą góry a ich styl nie wpłynie na zmianę doświadczeń następców tzn. nie zacznie się porzucać butli z tlenem gdzie popadnie, nie pozostawi 30 drabin na lodowcu, nie pozostawi 5 km lin poręczowych, porozrzucanych wszędzie śmieci, a codziennością nie będzie warkot helikoptera, który po raz n-ty przyleciał do Bazy z dostawą tlenu. Jeżeli tak się dzieje to nie gódźmy się z tym, bo to zła etyka i zły styl.

Słowo „przygoda” w papce kolejnych komercyjnych wypraw straciło sens, rozmyło się w nijakim przewodnictwie, w bałaganiarskich szkoleniach, podczas których ilość wypiera jakość. A przecież przygoda musi zawierać element ryzyka. Nawet finansowe przedsięwzięcie, z samej natury rzeczy, zawsze zawiera element ryzyka. Wspinaczka jest przygodą. Co ma wspólnego z przygodą wspinaczka na sztucznych ścianach czy do nieprzytomności oringowanej skale? Jasne, dla kogoś, kto po raz pierwszy opuścił dom i wyjechał poza miasto, przygodą może być już sama podróż kempingowym vanem. Podejmując przygodę ryzykujesz zdrowiem i życiem, albo nie jest to przygoda.
Biura podróży fundują nam takie „podróże pełne przygód”, ale to tak jakby ktoś nas przekonywał do „smakowitego hamburgera ” albo ględził o „zrównoważonym rozwoju”. Jeżeli tylko nie nastąpi trzęsienie ziemi, wojna lub nie wykolei się pociąg to tym pociągiem, statkiem czy samolotem biura podróży dowiozą nas wszędzie. Kiedy podpisujemy taką „podróż pełną przygód” – rafting spienioną wodą, wejście na Blanca z przewodnikiem – to wiedzmy, że ryzyka tam prawie nie będzie a i przygody się nie doczekamy. Najwspanialsza przygoda trwa wtedy, kiedy jest problem. Celem alpinizmu, wielkiego żeglarstwa, spływu po nieznanych wodach…jest zbliżyć się do granic, w których ciało i umysł żyje najintensywniej. Ale tych granic przekraczać nam nie wolno. To wspaniała lekcja życia – dla każdego z nas, dla społeczeństwa.

Obecnie, pełnymi garściami czerpiemy z Zachodu – dobre i złe. Złe jest to, że podobnie jak ludzie Zachodu swoją wartość mierzymy zasobem konta bankowego i jak wiele rzeczy posiadamy. I podobnie jak wielu z nich, w pewnym wieku – najczęściej emerytalnym - pozostaje nam już tylko refleksja ile wolnego czasu nam pozostało… do śmierci. Wiecznie zajęci nie mamy szans zmienić naszego życia. Zapominamy o takiej pasji jak wspinaczka górska lub łowienie ryb na muchę. Ale każdej pasji musimy poświęcić trochę czasu – dla wielu z nas zbyt dużo czasu. To proces. Rzecz w tym, że my nie chcemy się uczyć jak się wspinać, my chcemy się dostać na szczyt – od razu, zieleni. Nie chcemy poznać sekretu życia wodnych stworzonek; chcemy złapać rybę – od razu.
Przewodnictwo górskie, myśliwskie, wędkarskie, rzeczne jest po to, żeby pomóc klientowi trafić w dziesiątkę – od razu, bez straty czasu na żmudne studiowanie wybranej pasji.
Nie, wszystko jest w porządku. Sam, kiedyś pod okiem przewodnika próbowałem canoeingu i wiem ile czasu trzeba na nabycie podstawowych umiejętności. Sam też uczę i przewodzę w górach. I wiem jak rozpoznać nauczyciela od służącego.
Wspinaczka, łowienie ryb, czy spływ górską rzeką z przewodnikiem może stać się wspaniałą edukacyjną przygodą albo umysłowym imbecylizmem jak oglądanie telewizji. Tak, ponieważ kiedy się gapisz w to, co ci zaproponują panie i panowie z TV zamykasz w sobie dostęp do kreatywności, do tej części w mózgu, która czyni cię świadomym i żywym. Jeżeli jesteś prowadzony na Mont Blanc, na Everest, zdarza się rzecz podobna. I gdyby, nie daj Boże, coś złego przytrafiło się przewodnikowi nie zejdziesz w dół, ponieważ nie wiesz jak dostałeś się na górę. Jesteś prowadzony. Ucz się od swoich przewodników-nauczycieli, ale opuszczaj ich.

Zgoda na przygodę, na ryzyko to sprawa duchowej i fizycznej dojrzałości. To się nie zdarzy, jeżeli jesteśmy zafiksowany do celu, ale kompromisem jest porzucenie owego procesu. Tyle dostaniemy, ile temu poświęcimy czasu i wysiłku. Przygoda zakłada również porażki i przyzwolenie na nie. W prawdziwej przygodzie nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, nie da się zaplanować i zbadać wszystkiego „do końca”.
W zorganizowanej wyprawie wysokogórskiej jest pewien ustalony schemat – samolot, hotel, karawana, tragarze, baza, zła pogoda, konflikty…baza, karawana, hotel, dom. Taki scenariusz można przewidzieć jeszcze w domu. Tylko nieznane, problem spowodują, że taki wyjazd może być wspaniałą przygodą, którą zapamiętamy do końca życia.

1Komercyjność dzisiejszych wypraw wysokogórskich i ich zależność od sponsorów przybrały formy patologii. Obecność w Bazie dziennikarzy, operatorów, relacje telewizyjne i radiowe, „śledzenie” przebiegu wydarzeń w portalach internetowych spowodowały, że cały ten show przypomina bardziej zawody pływackie czy lekkoatletyczne. Ma się wrażenie, że to nie Góra jest najważniejsza, ale obowiązki wobec sponsora – TV, radia, gazety itd.

2John Muir- Szkot, prekursor wspinaczek w Yosemitach, wielki etyk.

3W Tatrach hitem początku lat 90. stało się uklasycznienie „R” na wschodniej ścianie

Mnicha; poza, niewątpliwie, talentem autora tego przejścia główną rolę odegrały właśnie dziury po hakach.

4 To w Wielkiej Brytanii, ojczyźnie ekologii i czystości stylu, wymyślono sposób asekuracji z kostek (nuts).

Argument, że niektórym z nas pocą się dłonie jest poniekąd słuszny. Gadanie, że magnezja nie osadza się na skale na stałe, jest już tylko gadaniem. Jasne, pierwszy, drugi ślad zdmuchnie wiatr, zmyje deszcz, ale ta sama skała, ta sama droga paćkana jest przez kolejne zastępy uwalanych kredą po łokcie wspinaczy i już zostaje, pozostaje na trwałe zwłaszcza w strefach przewieszek.

***

Na styl każdy z nas może spojrzeć swoimi oczami. We wspinaczce styl absolutnie czysty to pokonanie solo, nowej drogi, „on sight” i w dodatku nago. Jakiekolwiek odstępstwo obniża rangę „stylu doskonałego”. Założymy buty - punkt mniej; użyjemy liny – dwa punkty; poznamy schemat – jeszcze jeden, przyasekurujemy się – kolejny… Im dalej odejdziemy od „stylu doskonałego”, tym mniej będziemy miał powodów do dumy. Ale przecież nie w tym rzecz.
Niekoniecznie rozwój w sporcie powoduje jego dobro. W narciarstwie alpejskim – slalomie czy zjeździe – w biegach na krótkich dystansach, w pływaniu różnice między zawodnikami mierzy się już w ułamkach sekund. Tzw. specjaliści odarli sport z jego ducha. To wspaniała sprawa przebiec maraton – trochę potrenujemy, może zmienimy dietę, rzucimy palenie i pokonamy ten dystans w ciągu trzech, czterech godzin. Jeżeli chcemy jednak przebiec maraton w ciągu 2 godzin i 28 min, to już inna historia – żegnajcie przyjaciele, moja praco, zegnaj seksie, żadnego piwa i innych głupot. Poświęcam swoje życie temu celowi.
Ostatnie 10% tej doskonałości wybrukowane jest piekłem i nie jestem przekonany czy złożona ofiara jest warta takiego wysiłku. Taki styl kreuje fanatyków sportu, nazistów swojego własnego ciała, sportowców, z którymi można pogadać jedynie na temat szczególnych predyspozycji ich ciała.
Specjalizacja, której oddają się prawdziwi geniusze może kreować wielką sztukę, co może dźwignąć homo sapiens na wyższy poziom. Ale ja czy Ty możemy ewoluować szybciej kierując naszą energię na więcej niż jeden tor.
Nie ma co, w stadzie owiec znajdzie się zawsze, na szczęście, kilka czarnych. Nie wszystkich fascynuje wirtualna rzeczywistość. Tacy ludzie jak John Muir, Walter Bonatti6 , Reinchold Messner7  czy Göran Kröpp8  dowiedli, że nie musimy stać się niewolnikami tych wszystkich podrabianych sportów ekstremalnych. Nie musimy niszczyć naszego sportu i Ziemi nową, coraz nowszą technologią. Nie musimy przenosić sztucznych ścian z zapoconych sal, piwnic, kotłowni w Tatry, Alpy, Himalaje.
Nie chodzi o to, żebyśmy wrócili do lat 30. czy 50. we wspinaniu czy narciarstwie, ale też nie potrzebujemy ciągle zmieniać zasad gry nie wstrzymując sportu przed ewolucją. Jeżeli wszyscy koszykarze będą mieli po 2,10 wzrostu, wtedy podwyższy się kosz. Jeżeli narciarstwo alpejskie przestanie fascynować, wtedy uwolni się pięty i odkryje na nowo telemark. Na razie nie ma takiej potrzeby.

W ślepym naśladownictwie każdej nowej technologii pomijany jest jej właściwy, podstawowy aspekt - etap rozwoju. Od nurkowania na bezdechu przeszliśmy od razu do akwalungu pomijając biologiczne sprzężenie zwrotne naszego organizmu tzn. taki psycho fizyczny stan, który pozwoli nam nie oddychać przez kilka minut nawet na głębokości 20 m. Zamiast kaleczyć skały ringami popracujmy nad sobą. W Anglii jest takie powiedzenie: if you wanna bolt, go to France. Tam, będą bronić każdego metra skały/klifu gdzie istnieje choćby najmniejsza możliwość asekuracji. Dlaczego nie u nas, skoro tych skał mamy dużo, dużo mniej? Wielkie ściany naszych czasów były robione w stylu, który odrzucał technologiczny paradygmat. Kröpp w swoim rowerze zastosował wprawdzie najnowszą technologię przerzutek, ale na szczyt Everestu wszedł sam – nie używając tlenu, bez przewodników, bez Szerpów. Komórkę też zostawił w domu. Ed Gillette przepłynął kajakiem z Kalifornii na Hawaje nie życząc sobie żadnego wsparcia. W 1985 roku Polacy w międzynarodowym towarzystwie najpierw odnaleźli źródło Amazonki a potem nią spłynęli do Oceanu Atlantyckiego (wg New York Timesa był to jeden z 20 największych wyczynów XXw).
Właściwe przewodnictwo ma nieoceniony wpływ na społeczeństwo. Pomaga „zwykłym” ludziom poznać smak i piękno naturalnego świata. Później, wielu z nich staje się orędownikami naturalnego środowiska.
Każda taka „dzika” aktywność rodzi interesujące z punktu widzenia etyki pytania. Eko-turystyka (jeszcze jeden ciekawy zbitek słów) może spowodować wśród miejscowej ludności wzrost świadomości ochrony swojego własnego środowiska, ale także może przyczynić się do erozji ich własnej kultury i naturalnych więzów z naturą. Nie łudźmy się - Edenu na tej planecie nie stworzymy. Człowiek plądrował i niszczył środowisko naturalne od niepamiętnych czasów. Nie spieszmy się jednak zmieniać resztek natury na naszą kapitalistyczno-konsumpcyjną modłę, bo za 100-150 lat przyszłe pokolenia wylądują na szkle i betonie.

6Walter Bonatti – wielki, włoski alpinista; przywiązywał również wielką wagę do etyki i stylu. Do dziś jego drogi w Alpach zachowały wysoką klasę.

7Reinhold Messner – rodem z Tyrolu; pierwszy zdobywca wszystkich (14) ośmiotysięczników; jego bezkompromisowy styl działania, zawsze w poszanowaniu gór, zyskał mu zarówno grono zwolenników jak i przeciwników.

8Göran Kröpp – szwedzki himalaista (w 1993 r. zdobył K-2 nie używając tlenu) i podróżnik; dystans ze Szwecji do Nepalu pokonał na rowerze (1996) i bez żadnego wsparcia, samotnie zdobył wierzchołek Everestu; jeszcze raz pokonał Everest w 1999 r.

***

Burzliwe komercyjne przedsięwzięcia, sponsorzy pojawiający się na każdym skrawku ubrania, cały ten skomercjalizowany outdoorowy świat jest, rzecz jasna, na rękę medialnym łowcom przygód i niedzielnym, niedowartościowanym ludziom gór. W to graj również i browarom czy firmom tytoniowym niekoniecznie działającym w najlepiej pojętym interesie sportu, czy społeczeństwa.
Jeżeli chcemy przygód z poszanowaniem naturalnego środowiska, zacznijmy od siebie!
Oczywiście, nie jest to proste. Wiele z tych środowiskowych problemów jest złożonych i nie da się ich rozwiązać „po prostu”. Przypatrzmy się każdej nowej technologii, odrzućmy to, co zbędne. Trzymajmy się prostoty. Pozostawmy to, co tchnęło spokojem, spokojnym. Nie wdzierajmy się z wiertarką w każdy załom skalny. To, co nienaruszone do tej pory, pozostawmy nienaruszone. Więc może rozsądnie zabrzmi rada: Idź do przodu, ale najpierw rozejrzyj się wokół.


Krzysztof Treter

 




Wstecz


 
 
2006 © Agencja Trekking Sport :: tel.: +48 (34) 365 24 04; +48 (60) 109 72 55
 
 





Pozycjonowanie

pozycjonujace.net
gry platformowe
gry platformowe
www.wgry.pl
sauny

www.keske.pl
tribulus
tribulus
www.megapower.pl
odzywki
odzywki
www.megapower.pl